Finansowanie pomostowe
Strona główna / Aktualności / Dlaczego uchodźcy uciekają

Dlaczego uchodźcy uciekają

Wyobraź sobie, że musisz uciekać. Że nie możesz niczego ze sobą zabrać. Że podróż będzie trwać kilkaset dni, a w jej trakcie będziesz kilkakrotnie umierać. Że schronienie znajdziesz w kraju, gdzie ludzie mówią niezrozumiałym językiem. I właściwie nie mogą ci pomóc. O swojej drodze do Niemiec opowiada Rahel z Erytrei, nielegalna imigrantka.Wkrótce podobne historie usłyszymy w Polsce. Moją siostrę złapano przy próbie ucieczki z kraju. bardzo się o nią martwię /Getty Images Moją siostrę złapano przy próbie ucieczki z kraju. bardzo się o nią martwię /Getty Images Nie zdradzę ci imienia. Twarzy też nie chcę pokazać. To może być dla mnie niebezpieczne. Napisz, że nazywam się Rahel. Mam 29 lat. Uciekłam z Erytrei. Z chrześcijańskiego kraju rządzonego przez dyktatora Isajasa Afewerkiego. W Niemczech jestem od dziesięciu miesięcy. Mam status uchodźcy. Czekam na pozwolenie na pobyt, by w końcu zacząć żyć – nauczyć się przydatnego tu zawodu, podjąć pracę, płacić podatki, korzystać z opieki medycznej, wynająć mieszkanie, pójść do sklepu i kupić to, na co mam ochotę. Taki stan zawieszenia nie jest łatwy. Znika gdzieś wiara i energia do działania. Patrzę w lustro na swoją twarz i widzę tylko jej cień. W obozie dla uchodźców w Hofheim, gdzie teraz mieszkam, jest nas pięciuset imigrantów z Erytrei, Somalii, Syrii, Iraku, Afganistanu. Jest ze mną mama. Ale ciągle płacze. Mówią, że ma depresję. Wcale mnie to nie dziwi. Przecież jest jej dużo trudniej niż mnie, zostawiła za sobą całe życie, rodzinę, przyjaciół. Boi się tego nowego kraju, innej kultury, obcych ludzi. Może dlatego nie chce na razie wychodzić z ośrodka. Pokój dzielimy tu z dwiema kobietami. Są takie głośne. Ciągle gadają, a najwięcej w nocy, kiedy chcemy spać. Łazienka jest na korytarzu. Korzysta z niej kilkanaście osób. Ubranie, jedzenie przynoszą nam ludzie z miasteczka, z Caritasu i z kościoła. Dostajemy też 300 euro na życie. Opłacam z tego kurs językowy, bez niemieckiego nic tu nie zdziałam. Od poniedziałku do piątku od ósmej do dwunastej uczę się w szkole. Dostałam zgodę, by w czwartki po południu grać w siatkówkę w miejscowym klubie. Mam rower, którym dojeżdżam na zajęcia. Autobusy czy pociągi są dla mnie za drogie. Codziennie dzwoni mój chłopak Benjamin z Izraela. Chciałabym go jeszcze kiedyś zobaczyć. Czy tak to sobie wyobrażałam? Nie wiem, nie pamiętam już nic, zupełnie nic. Nie będę zabijać Przeszłość jest trudna. Do tej najbliższej nie lubię wracać, bo to czas podróży przez Sudan, Saharę, Libię i Morze Śródziemne. 397 dni. Te dalsze wspomnienia pielęgnuję. Jeszcze dwa lata temu mieszkałam w Barentu, w południowo-zachodniej Erytrei. Miałam dom, rodzinę, przyjaciół. Ale moja beztroska zniknęła, gdy skończyłam 22 lata. Pewnego dnia przyszedł nakaz służby wojskowej. Weszli do domu, dali mi kilka minut na spakowanie plecaka. U nas biorą wszystkich – mężczyzn i kobiety. W ośrodku wojskowym Sawa uczą nas obsługiwać broń i zabijać, a potem wysyłają na granicę z Etiopią, gdzie od 1998 roku toczy się wojna. Sawa jest jak więzienie. Mieszkamy w barakach, śpimy na piętrowych łóżkach, na gwizdek wstajemy, jemy i ćwiczymy. Dzień i noc. Druty pod prądem wyznaczają teren, po którym wolno nam się poruszać. Próby ucieczki kończą się śmiercią. Po roku pozwolili mi wrócić do domu, ale tylko kwestią czasu było, kiedy znów mnie zabiorą. Mimo to próbowałam żyć. Skończyłam szkołę dla sekretarek, brałam dorywcze prace. Za dnia jakoś funkcjonowałam, ale nocami nie mogłam spać, męczyła mnie niepewność. I bieda. Zrozumiałam, że nie mam żadnej kontroli nad swoim życiem. W końcu powiedziałam „dość”. Nie pójdę więcej do wojska, nie będę walczyć, nie chcę zabijać. Wyjeżdżam. „Wyjechać” to łatwo powiedzieć, prawda? Ale powinnaś wiedzieć, że my w Erytrei nie mamy paszportów i nie wolno nam opuszczać kraju. Musisz zostawić wszystko. Musisz uciekać nocą. Musisz się skradać. Musisz spać w lesie przykryta korą. Musisz być zdecydowana i odważna. Mama postanowiła uciekać ze mną. Nie byłam zadowolona. Gdybyśmy wpadły, to razem. Ale mówiła: „Nic, córko, nic. Damy radę”. Myślę, że bała się o mnie tak bardzo, że wolała zaryzykować własne życie, by w razie niebezpieczeństwa chronić moje. Z przemytnikiem, który znał drogę do granicy z Sudanem, spotkałyśmy się w nocy w starym opuszczonym domu. Oprócz nas stawiło się jeszcze dziesięć osób. Za tę część podróży zapłaciłyśmy dwa tysiące erytrejskich nakf, równowartość dziesięciu euro. Przemykaliśmy się, co jakiś czas przykładając głowy do ziemi i słuchając, czy nie zbliżają się żandarmi. Wypatrywaliśmy ich też w koronach drzew, bo lubią tam przesiadywać i obserwować teren. Bałyśmy się ciemności, tych nocnych dźwięków, niepewności. Podziwiałam mamę za to, jak dzielnie znosiła trudy tej wędrówki. Nie skarżyła się na nic, to ona mnie pocieszała. Po przekroczeniu granicy z Sudanem przejął nas kolejny szmugler. Ukrył naszą grupę w pokoju hotelowym w Kassali. Przed dalszą podróżą pomógł kupić ciuchy, byśmy wyglądały jak muzułmanki, kazał ukryć krzyże, które miałyśmy na szyjach, zakryć głowy. Po kilku dniach ruszyłyśmy małym busem do Chartumu, stolicy Sudanu. Żyje tam mnóstwo Erytrejczyków. To oni pomogli nam znaleźć miejsce do spania i pracę. W Chartumie mieszkałyśmy pięć miesięcy, musiałyśmy z mamą zarobić na dalszą podróż. W końcu postanowiłyśmy ruszyć. Zmierzałyśmy na południe. W Sudanie Południowym jest ropa i chociaż wciąż toczy się tam wojna, biznes kwitnie. Jest mnóstwo pracy i pieniędzy. A my potrzebowałyśmy dobrych kilku tysięcy dolarów na podróż przez Saharę i Libię, do Morza Śródziemnego. Dostałam pracę w recepcji dużego hotelu. Mieszkali u nas Europejczycy, Amerykanie. Czemu nie chciałam ułożyć sobie tam życia? Bo ciągle się bałam. Kilka razy dziennie musiałam biec do kryjówki, bo do hotelu wpadali uzbrojeni żołnierze. Brali, co chcieli. Woda i ananasy Po kolejnych pięciu miesiącach znów ruszyłyśmy do Chartumu. Do miasta przemytników, bo wszyscy żyją tam z nielegalnego przewozu ludzi przez Saharę. Cena: 1700 dolarów od osoby. O mój Boże! Jacy oni muszą być bogaci, ci szmuglerzy. Umówionego dnia o ósmej wieczorem zapakowano nas na ciężarówkę. 78 osób, woda i ananasy na 12 dni. Musieliśmy stać, tak było ciasno. I bardzo, bardzo gorąco. Podróżowaliśmy od piątej rano do ósmej wieczorem, z krótką przerwą o 11.30. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Ściśnięci. Wokół piasek i nic, zupełnie nic. Wyobraź to sobie. Po kilku dniach podróży pomyślałam: „O mój Boże. Nie damy rady, powinnyśmy zawrócić!”. Ale na to było już za późno.Nasz przemytnik był w porządku. Nie zatrzymał się na środku pustyni i nie zażądał, jak wielu innych, dodatkowych pieniędzy. Po 12 dniach mieli nas przejąć Libijczycy, ale nie przyjechali. Czekaliśmy na nich przez cztery dni. Na piasku. W żarze słońca. Nie mieliśmy już wody i jedzenia. Jedynie własny mocz. Byłam pewna, że umrę. Spójrz na moją skórę pełną bąbli. To właśnie wtedy zaczęłam mieć z nią problemy. Nacieram maściami, kładę opatrunki, ale rany nie chcą się zagoić. Lekarze mówią, że to reakcja ciała na stres i niepewność. Mama siedziała przy mnie na pustyni i modliła się po cichutku. Pewnie to jej modlitwy pomogły, bo w końcu przyjechali Libijczycy i dali nam pić i jeść. Byliśmy bardzo osłabieni, ale nikt nie umarł, więc jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy dalej. Przemytnicy mają olbrzymią władzę. Mogą na przykład powiedzieć: „Ty dalej nie jedziesz”. I zostawiają wskazaną osobę na Saharze. Wiele osób tak umiera. Jeśli są źli – biją, a gdy mają ochotę na seks – gwałcą. Co kto im zrobi? Szczególnie Libijczycy słyną z okrucieństwa. Większość z nich to kryminaliści. Po tygodniu ukrywania się na granicy libijskiej zapakowano nas do kontenera na ciężarówce. 157 osób. Znów musieliśmy stać ściśnięci. Od 11 wieczór do 11 rano. Dwanaście godzin. Nie mogliśmy mieć żadnego bagażu, wody ani jedzenia. Nic, zupełnie nic. Ze wschodem słońca powietrze w kontenerze stawało się tak gorące, że parzyło przy oddychaniu. Co chwila ktoś mdlał i osuwał się na podłogę. Ja miałam udar z gorąca. Po raz drugi byłam pewna, że umrę. Stałam wtulona w mamę, która mnie obejmowała. Całą drogę nuciła piosenkę, którą śpiewała mi, gdy byłam mała. Pomogło. Trypolis to straszne miejsce. Wszyscy próbują dostać się stąd do Europy. Szmuglerzy zawieźli nas do domu, gdzie czekało już tysiąc pięćset osób. Tak, w jednym niewielkim domu było nas tysiąc pięciuset. Wyobraź to sobie. Tu, gdzie stoisz, musisz jeść, spać i załatwiać się. Nie możesz się ruszyć, jest tak ciasno. Ludzie płaczą, krzyczą, chorują na biegunki czy infekcje dróg oddechowych. Jesteś strasznie brudna i wyczerpana. Jesteś tak blisko, a tak daleko. Nie czujesz już nic, zupełnie nic. Już blisko Po tygodniu 400 osób popłynęło do Europy. Po dwóch tygodniach nadeszła nasza kolej. Szmugler powiedział nam, że ma dwie łodzie i na każdej z nich będzie 550 osób. Zainkasował 1500 dolarów od osoby. 1100 razy 1500 daje 1 mln 650 tys. dolarów. Wyobraź to sobie – ponad półtora miliona z jednego transportu. Jaki to musi być dla nich biznes! Od dziewiątej wieczorem do północy wozili nas małymi czółenkami i załadowywali na wielki ponton. Nie było dwóch pontonów, jak obiecali, tylko jeden przeznaczony najwyżej dla 500 pasażerów. Wypchnęli nas na morze i zapewnili, że po dziewięciu godzinach przechwyci nas włoska marynarka. Ale po dziewięciu godzinach – nic. O 7 rano minął nas obojętnie wielki statek z ropą. Po 15 godzinach – dalej nic, po 16 – nic, po 17 – zupełnie nic. Minął dzień. Nasza łódź zaczęła nabierać wody. Ludzie stali i płakali. Po raz trzeci byłam pewna, że umrę. Mama jednak wierzyła, że i tym razem nam się uda. Mówiła: „Wytrzymaj, córko, jesteśmy już blisko”. Nie pozwoliła mi zwątpić. Ciągle opowiadała, jak to dobrze nam będzie w Europie. Mówiła i mówiła, a ja powoli zapominałam, gdzie jestem. O drugiej nad ranem pojawili się Włosi. Na wielkim stabilnym statku. Instruowali nas przez mikrofon i wciągali na pokład na linach. Po dwóch dniach dopłynęliśmy na Sycylię. Wyczerpani, ale szczęśliwi. Żyliśmy! Zakwaterowano nas w obozie. Dostaliśmy jedzenie, picie i miejsce do spania. Następnego dnia przewieziono nas daleko na północ, aż do Mediolanu. Tu było przesłuchanie, wystawianie dokumentów i jednorazowa wypłata 300 euro. We Włoszech jest tak dużo imigrantów, że mało kto widzi tam jeszcze miejsce dla siebie. My z mamą chciałyśmy jechać do Niemiec. Tam mieszka brat mamy, który obiecał nam pomóc. Przygoda z przemytnikami nie kończy się w Afryce. Jest ich w Europie pełno. Wiedzą, jak cię znaleźć i czego potrzebujesz. To oni załatwili nam transport do Niemiec małym busem, który wiózł nas przez Austrię. Nikt nie zatrzymał nas po drodze. Dopiero w Niemczech po przekroczeniu granicy zgłosiłyśmy się na policję. Znów były formularze, pytania o to, kim jesteśmy i skąd. Jak większość uchodźców skierowano nas do obozu azylantów w Gießen pod Frankfurtem. To nie jest dobre miejsce do życia, pełno w nim przemocy i smutku. Wiele osób czekających od lat na pozwolenie na pobyt wpada tam w kłopoty z prawem, narkotyki i alkoholizm. Na szczęście byłyśmy tam krótko. Zdecydowano, że zostaniemy zakwaterowane w Hofheim, w zachodnich Niemczech. To właśnie tu do dziś mieszkamy. Jedno życzenie? Nie, dla siebie nie chcę już nic. Chociaż dobrze byłoby kiedyś wyjechać do Ameryki. Nie czułabym się taka czarna jak tu, w Europie. Najbardziej jednak pragnę, by dołączyła do mnie siostra. Wpadła kilka miesięcy temu, gdy próbowała uciec z Erytrei. Siedzi w więzieniu i grozi jej wysoka kara. Bardzo się o nią martwię. Jeśli to jedno jedyne życzenie się spełni, nie będę już prosiła o nic, naprawdę o nic.
Joanna Strzałko
Źróło: Twój Styl 10/2015

Sprawdź także

Orlen grozi wolności słowa

Zakup przez PKN Orlen prywatnego koncernu medialnego Polska Press rodzi wiele zagrożeń Trudno się spodziewać, …