Finansowanie pomostowe
Strona główna / Pitaval / W szponach władcy piekieł

W szponach władcy piekieł

Tylko cudem 10- piętrowy wieżowiec w centrum Piły nie wyleciał w powietrze. Rozlana i podpalona w jednym z mieszkań benzyna, jakimś dziwnym trafem nie wybuchła. Płomienie zgasił powiew powietrza z niedomkniętego okna. Była głęboka noc. Pożar i wybuch miały zatrzeć ślady zbrodni, straszliwej zbrodni. Syn zamordował własną matkę.

Rodzina M., to fakt, dotknięta była piętnem zbrodni. W 1988 roku Mieczysław M. najstarszy syn 63-letniej Zofii, zabił swoją żonę. W 1998 roku 24-letni Sławomir M. młodszy syn Zofii zabił ją i chciał spalić. W rodzinie tej była też ich siostra. Jeszcze przed tymi tragicznymi zdarzeniami wstąpiła do klasztoru. Sławomir był jej całkowitym zaprzeczeniem, już w wieku 14 lat zainteresował go satanizm. Według psychologa był to przejaw młodzieńczego buntu przeciwko wartościom wpajanym przez matkę.
Fascynacja ta wpłynęła na życie Sławomira. Po tym jak jego brat zabił żonę i trafił do więzienia, on studiował satanizm. Czytał literaturę z tego zakresu, dużo myślał. Przemyślenia notował. Idee satanizmu zawładnęły nim całym. Postanowił odnaleźć i pozyskać inne osoby myślące tak jak on.. O dziwo, znalazł współwyznawców, którzy nie zawahali się, aby własną krwią podpisać swoiste „pakty” będące dokumentami bezwzględnego posłuszeństwa szatanowi oraz jego słudze- Mirosławowi M.. On w to naprawdę wierzył i chociaż był przez kolegów traktowany jak „guru” to większość z nich cały ten satanizm uważała za dobra zabawę.
Według satanizmu istnieje sześć stopni wtajemniczenia. Pierwszy z nich osiąga się wyrzekając wiary chrześcijańskiej, drugi zdobywając siedem paktów z podpisami innych osób, kolejny zabijając członka swojej rodziny. Najwyższy stopień wtajemniczenia, to poddanie się próbie ognia poprzez przejście przez tzw. „bramę ognia”. Jest to rytualne samobójstwo poprzez spalenie się żywcem, połączone z odpowiednimi zaklęciami. Sławomir M. tłumaczył współwyznawcom, że jest to bardzo trudny rytuał i że od kilku tysięcy lat nikomu nie udało się go zrealizować. On jednak postanowił przejść przez ” bramę ognia”. Rytuału miał dokonać 6 czerwca 1998 roku roku o godzinie 6 rano. O terminie zadecydował magiczny zbieg trzech szóstek – ważnego satanistycznego symbolu.
Wieczór 5 czerwca Sławomir zaczął od wypicia piwa z kolegą. Po drodze do domu kupił w sklepie ciasteczka „markizy”.Rozkleił każde z nich, umieszczając następnie w środku ciasteczka tabletkę nasenną. Tak spreparowane słodycze wręczył matce, która uwielbiała „markizy”. W tym samym czasie do mieszkania przybyli zaproszeni wcześniej na imprezę współwyznawcy, to znaczy dopełnienie rytuału „bramy ognia”. Spotkanie towarzyskie urządzono przed blokiem, na ławkach. Do ich dyspozycji były 24 puszki z piwem oraz 6 butelek nalewki na spirytusie. Na jego prośbę trzech kumpli pojechało na pobliską stację benzynową i kupiło 20 litrów etyliny, aby Sławomir mógł dokonać rytuału. Reszta towarzystwa bawiła się pijąc alkohol. Około trzeciej w nocy Sławomir z tymi, którzy jeszcze wytrwali na ławkach, poszedł do mieszkania. Wchodzących ostrzegał, aby cicho się zachowywali, bo matka śpi. Owszem spała, ale, jak ustalili potem medycy sądowi, zamroczona tabletkami nasennymi.
Podczas gdy goście raczyli się resztkami alkoholu, on regulował ostatnie swoje ziemskie sprawy. Podczas śledztwa i procesu sądowego ustalono, że koledzy Sławomira słyszeli jakieś dziwne odgłosy, ale sądzili, że to jakieś wygłupy. Jeden z nich zajrzał do pokoju obok i spostrzegł, ze matka Sławomira leży na tapczanie cała przykryta kołdrą, a na ścianie są ślady krwi. O nic jednak nie zapytał i wrócił do kumpli, aby pic dalej. Wkrótce dołączył do nich Sławomir. Zachowywał się normalnie. Potem zaczął rozdawać swoje rzeczy. Jeden otrzymał kilka książek i kasety magnetofonowe, drugi telewizor i zeszyty z zapiskami „guru”, jedna z dziewczyn otrzymała czarną koszulę oraz psa. Po otrzymaniu podarunków wszyscy opuścili mieszkanie swojego idola.
Kiedy Sławomir M. został sam, poczynił ostatnie przygotowania do próby ognia. Najpierw spreparował zapalnik mocując doń zapaloną świeczkę. Potem w całym mieszkaniu rozlał benzynę oraz odkręcił wszystkie kurki kuchenki gazowej. Pod drzwi podłożył ręczniki, aby gaz nie ulatniał się na zewnątrz. Po odprawieniu satanistycznych egzekwii podciął żyletką obie tętnice. Do eksplozji wciąż nie dochodziło, natomiast Sławomir M. zaczął się dusić oparami gazu i benzyny. Jak potem zeznawał w śledztwie, powiedział sam do siebie – „Sławas, ty miałeś się spalić a nie otruć”. Wówczas zgasił świeczkę, pozakręcał gaz i wyszedł przez okno. Przedtem zamknął drzwi zostawiając klucz od wewnątrz.
Zofia M. matka Sławomira była osoba spokojną i lubianą przez sąsiadów. Dorabiała opiekując się cudzymi dziećmi. Kiedy 6 czerwca nie zjawiła się w jednym z mieszkań, a było to pierwsze takie zdarzenie od dwóch lat, zaniepokojony sąsiad poszedł do jej mieszkania. Nikt mu nie otwierał. Zawiadomił zatem policję że Zofia M. zniknęła. Dopiero jednak 16 czerwca wyłamano drzwi i znaleziono zwłoki kobiety w stanie znacznego rozkładu. Sekcja zwłok wykazała, ze została zamordowana.
Sławomir M. po opuszczeniu swojego mieszkania, poszedł nad pobliska Pilicę, aby obmyć się z krwi. Potem pojechał autostopem na Śląsk, gdzie istniało centrum polskiego satanizmu. Odwiedził znajomego w Cerekwicy i tam został 18 czerwca zatrzymany przez policję. Prokurator postawił mu zarzut zamordowania matki oraz spowodowanie bezpośredniego niebezpieczeństwa pożaru i wybuchu w budynku mieszkalnym. Biegły ustalił, że z uwagi na stan zabezpieczenia przeciwpożarowego w tym budynku, eksplozja była realna. Do wybuchu nie doszło tylko cudem. Mieszkańcy 10-piętrowego budynku uniknęli zagłady, która by ich zaskoczyła podczas głębokiego snu.
Biegli stwierdzili, że Sławomir M. mordując matkę był w pełni poczytalny i działał z pełnym rozeznaniem. Brak było jakichkolwiek okoliczności, które wyłączyłyby odpowiedzialność karna. Sąd też nie nie miał żadnych wątpliwości i skazał Sławomira M. na karę dożywotniego więzienia.
– Oskarżonydopuszczając się brutalnego, zaplanowanego mordu na własnej matce -mmówiłaędzia Małgorzata Ziołecka – pogwałcił wszelkie podstawowe zasady moralne obowiązujące kakażdego człowieka. Sąd podkreślał, że Sławomir M. targnął się na życie matki, a więc osoby, której winien był szacunek i miłość. We wszystkich kulturach zbrodnia taka oceniana jest jako zasługująca na szczególne potępienie. To zabójstwo było wynikiem kultu satanizmu. Afirmacja zła i przemocy. Negacja wszystkiego co pozytywne, była według sądu na trwałe zakorzenione w światopoglądzie Sławomira M., a że nie rokuje on jakichkolwiek szans na resocjalizację, jedynym wyjściem z sytuacji jest dożywotnie wiezienie. Wyrok skazany przyjął ze stoickim spokojem. Sąd Apelacyjny w Poznaniu nie znalazł ani jednej przesłanki, aby zmienić wyrok.