Istota demokracji

Kazimierz Brzezicki
8 Min Read

Polaryzacja sama w sobie nie jest zła. Problemem jest polaryzacja toksyczna, patologiczna. To ona zatruła ludzkie mózgi w epoce Kaczyńskiego w Polsce i Trumpa w USA – pisze prof. Wojciech Sadurski, prawnik

Po zwycięstwie demokracji zapanowała moda na narrację antypolaryzacyjną. Polaryzacja jest złem, słyszymy, bo sprzyja populistom. Wojna polsko-polska musi być skończona, a wrogie sobie „plemiona” muszą znów odnaleźć wspólnotę i zgodę. Demokraci muszą odbudować prawdziwą solidarność, od małej litery, zburzoną przez władzę kłamliwą i swarliwą, skłócającą ludzi i szczującą jednych przeciw drugim.

Dużo w tym przesady, a nawet niepotrzebnej paniki. Polaryzacja to negatywne słowo dla określenia pluralizmu – stanu różnorodności opinii i ideologii, która w nowoczesnym społeczeństwie jest bogactwem, a nie przekleństwem. Dla liberalnych myślicieli takich jak John Stuart Mill lub John Rawls wielość opinii nie jest jakimś przejściowym stanem moralnego zamętu, ale czymś trwałym i pożądanym w społeczeństwie demokratycznym. Warto tę wielość hołubić, zamiast zwalczać. Ale pluralizm pluralizmowi nierówny. Jeśli dziś utyskujemy nad zniszczeniami, jakie w tkance społecznej spowodował PiS, to tak naprawdę nie polaryzacja jako taka powinna być źródłem naszej troski, ale specyficzny, toksyczny typ polaryzacji. To ta toksyczna polaryzacja żywi populistów. Warto ją rozpoznać.

Kiedy podziały są toksyczne

Jej pierwszą cechą jest charakter emocjonalny: ludźmi o innych poglądach gardzimy lub ich nienawidzimy. Nie są po prostu w błędzie – takie przekonanie byłoby normalne w demokracji. Jasne jest, że nasi oponenci naszym zdaniem mylą się – w przeciwnym razie głosowaliby tak samo jak my. Ale toksyczna polaryzacja nadaje różnicom politycznym wymiar emocjonalny: oni nie są po prostu w błędzie, oni są źli. Z ludźmi, z którymi zwyczajnie się nie zgadzamy, warto rozmawiać, ale ze złoczyńcami – nie. PiS kultywował toksyczną wersję polaryzacji, bo Kaczyński konstruował figurę oponenta jako wroga. Zwykłych adwersarzy warto przekonywać do swoich racji, ale wrogów należy zniszczyć. Bo sprowadzą na Polskę nieszczęścia, oddadzą połowę Ruskim, a drugą Niemcom, chcą dla Polski nędzy i poddaństwa, a poza tym „wypisują się z polskości”, jak przekonywał ideolog PiS-u Andrzej Zybertowicz.

I my, siłą rzeczy, odpowiadaliśmy pięknym za nadobne: to naturalna, choć upiorna spirala toksycznej polaryzacji. Na oskarżenia o zdradę odpowiadaliśmy zarzutami złodziejstwa i korupcji. Tak się składa, że najczęściej uzasadnionymi, więc nie wybieram się w najbliższym czasie do Canossy, ale rezultatem była polityka jako stała walka Dobra ze Złem, przy czym kto był kim w tym spektaklu, zależało od przynależności partyjnej. W państwie toksycznej polaryzacji każdego dnia balansujemy na krawędzi apokalipsy.

Druga cecha toksyczności to negatywny charakter zróżnicowania politycznego: nasza niechęć do „nich” jest bardziej intensywna niż nasze przywiązanie do „swoich”. Pisząc o sporze między Demokratami a Republikanami w USA w czasie wyborów prezydenckich w 2016 r., wybitny publicysta Ezra Klein zauważał w książce „Dlaczego jesteśmy spolaryzowani?”: „Zwycięstwo Trumpa zależało od wyborców, którzy w istocie głosowali przeciwko Hillary Clinton – większość zwolenników Trumpa mówiła, że ich motywem była obawa przed Clinton, a nie podziw dla Trumpa”. Jakże przypomina to poglądy wielu PiS-owców o anty-PiS-ie i na odwrót! Klein dodawał: „Duża część kampanii Clinton dotyczyła nie tego, dlaczego ona powinna zostać prezydentem, lecz tego, dlaczego on [Trump] nie powinien”. A to jest dla demokracji problem, bo fundamentalną przesłanką samej zasady przedstawicielstwa jest, że głosujemy na tych, których cenimy, a nie przeciwko tym, których nie lubimy.

I trzeci toksyczny przymiot owej złej polaryzacji to rosnący dystans między dwoma „plemionami”, które stale oddalają się od siebie i między którymi coraz mniej jest punktów stycznych. W zdrowej, demokratycznej różnorodności rozmaite wyznaczniki opinii nie muszą iść razem: mogę być w jednej kategorii społecznej, jeśli chodzi o kwestię aborcji, ale już mieć wspólny język z zupełnie inną grupą w kwestiach edukacji lub polityki zagranicznej. Różne grupy zazębiają się ze sobą.

Ale w Polsce, jak w USA, różne formacje zaczęły odpływać od siebie, z coraz mniejszą przestrzenią punktów wspólnych. Jak pisał wspomniany już Ezra Klein, w USA „jeśli jesteś demokratą, to Partia Republikańska w roku 2017 jest dla ciebie dużo większym zagrożeniem niż była Partia Republikańska około roku 1994. Jest w niej mniej ludzi, którzy mogą się z tobą zgodzić”.

W przeddzień wyborów prezydenckich w Brazylii w ubiegłym roku reporter „New Yorkera” relacjonował swoją rozmowę w Sao Paulo z bliskim doradcą ekonomicznym ówczesnego kandydata Luli da Silvy i konstatował: „Mój rozmówca sugerował, w tonie zbliżonym do mieszkańca Nowego Jorku mówiącego o Teksasie, że rolnicze obszary Brazylii są w istocie innym państwem”.

W Polsce mamy deficyt pluralizmu

Warto z tą busolą przyjrzeć się hasłom przezwyciężenia polaryzacji w Polsce. Nie każda różnica poglądów ma toksyczne cechy. W istocie polskie społeczeństwo cierpi na niedobór pluralizmu, a nie na jego nadmiar. Słabe ugruntowanie politycznego liberalizmu w naszym kraju wytworzyło niską tolerancję dla odmienności opinii i światopoglądów, która jest niezbędną glebą dla zdrowej, przydatnej różnorodności. Takiej, w której autentycznie chcielibyśmy raczej społeczeństwa ludzi o różnych poglądach niż masy jednostek takich samych jak my. W Polsce akceptacja różnorodności przychodzi ludziom z trudem, nie wydaje się czymś naturalnym i dobrym, ale raczej aberracją. Ortodoksja partyjna, kościelna czy edukacyjna jest wyznacznikiem jedynych prawidłowych poglądów, ze stratą dla demokracji.

Intensywności sporu nie należy zresztą na siłę starać się osłabiać, bo istnieją poglądy, na które trzeba reagować z dużym natężeniem oburzenia. PiS wyhodował sztucznie pewne spory, opierając się na draństwach i fałszach, które przecież zatruwają życie społeczne w sposób sztuczny, bez uwarunkowań „obiektywnych”. Ot, choćby kłamstwo smoleńskie, które zainfekowało Polskę nadzwyczajną wręcz trucizną głupstwa i niegodziwości. Albo kłamstwo o „nielegalnych migrantach” zagrażających Polsce. Albo kłamstwo o zagrożeniu dla polskiej suwerenności ze strony Niemiec. Jakie tu znajdować kompromisy?

To o takiej polaryzacji pisał wybitny grecki znawca populizmów Takis Pappas: „Podczas gdy polaryzacja ideologiczna opiera się na już istniejących podziałach ideowych (np. lewica kontra prawica), polaryzacja populistyczna jest wytworzona przez politycznych przedsiębiorców, którzy dostrzegają korzyści w strategiach polaryzujących zamiast umiarkowanych”. I dodawał: „W systemach populistycznych polaryzacja jest świadomie tworzona dla celów politycznych”.

Dlatego wojna polsko-polska prędko się nie skończy, ale obiektem naszych gniewnych reakcji powinni być „polityczni przedsiębiorcy”, czyli sprytni macherzy, nie ich wyborcy. Wojna powinna mieć na celowniku Kaczyńskiego, Sasina czy Rachonia – ale nie panią Mariolę z Kutna albo pana Waldka z Łomży, którzy na nich głosowali.

Źródło i więcej wyborcza.pl

Share This Article