Co powinno być treścią „demokracji walczącej” w Polsce 2024? Przyspieszenie reform i rozliczeń z przeszłością. Odwoływanie się w działaniach państwa bezpośrednio do Konstytucji i do prawa europejskiego. Eliminacja organów niekonstytucyjnych.
Gdy premier Donald Tusk napomknął na spotkaniu ze środowiskami prawniczymi 10 września o „demokracji walczącej”, prawa strona polskiej polityki i komentariatu zatrzęsła się z oburzenia. Andrzej Duda ocenił, że „słowa premiera Donalda Tuska o walczącej demokracji to usprawiedliwienie łamania konstytucyjnych standardów oraz zasad praworządności”. Jarosławowi Kaczyńskiemu hasło to „przypomina stalinizm”, a przecież wie, co mówi, bo jego promotorem był skruszony stalinista Stanisław Ehrlich. Patryk Słowik z WP dowcipnie sparafrazował hasło jako „demokracja waląca”. Najbardziej charakterystyczny był głos Piotra Zaremby, któremu w obrzydliwym, insynuacyjnym paszkwilu na Adama Bodnara „demokracja walcząca” skojarzyła się z „demokracją ludową”.
Jest oczywiście dokładnie na odwrót. Tzw. demokracja ludowa była zaprzeczeniem demokracji, a „demokracja walcząca” jest jej wzmocnieniem i obroną. Samo pojęcie utworzone zostało na gruzach demokracji weimarskiej, słabej i bezbronnej wobec narastającej brunatnej ofensywy. Jak smutno konstatował w 1937 Karl Loewenstein, niemiecki politolog, który wyemigrował do USA po dojściu Hitlera do władzy, „Demokracja i tolerancja demokratyczna zostały wykorzystane dla ich destrukcji. Pod przykrywką fundamentalnych wolności i praworządności, antydemokratyczna machina została zbudowana całkowicie legalnie”. A przecież demokratyczna konstytucja nie może być paktem samobójczym.
Przeciwko radykałom
Praktyka „demokracji walczącej” po II wojnie światowej szybko pokazała, że z reguły jest ona skierowana przeciwko radykalnym formacjom antydemokratycznym. W kolebce idei „demokracji walczącej”, RFN, zdelegalizowano w 1952 partię neonazistowską, a w 1956 partię komunistyczną, ale już w 1977 roku Federalny Sąd Konstytucyjny uznał, że choć kolejna neonazistowska partia NPD zmierza do „podważenia lub likwidacji wolnego ładu demokratycznego”, to jednak jest „całkowicie niemożliwe, by osiągnęła sukces w dążeniu do swych celów”. Większość dzisiejszych demokracji konstytucyjnych przewiduje możliwość delegalizacji partii, a niektóre (np. w Grecji, Austrii, Czechach czy Hiszpanii) tę możliwość wprowadzały w życie. W 20 na 37 europejskich demokracji wydawano zakazy istnienia rozmaitych partii.
Jednak delegalizacja partii skrajnych nie jest jedynym orężem demokracji walczącej i nie jest wcale oczywiste, czy dziś w Polsce właśnie taki instrument należy wykorzystać przeciw autokratom z PiS. Konstytucja, ustanawiająca „demokrację walczącą” w artykule 13, powiada, że zakazane jest istnienie partii i organizacji
- odwołujących się do totalitarnych metod i praktyk nazizmu, faszyzmu i komunizmu;
- lub zakładających nienawiść rasową i narodowościową;
- lub planujących przemoc w celu zdobycia władzy;
- lub przewidujących utajnienie struktur lub członkostwa.
Choć w szlachetnej rywalizacji na niechęć do PiS-u raczej nie dam się pokonać, to jako konstytucjonalista legalista nie uważam, by PiS spełniał którykolwiek z tych warunków. Dziś w Polsce, ale także na świecie, zagrożenia dla demokracji nie płyną ze strony małych, radykalnych grupek dążących do antydemokratycznego przewrotu, ale raczej z dużych ugrupowań populistycznych, takich jak PiS, które nie głoszą otwartej niechęci do demokracji. Wprost przeciwnie: Kaczyński, Orbán czy Modi twierdzą, że to oni są orędownikami „prawdziwej” demokracji, w której wola suwerena nie jest skrępowana władzą sądów, niezależnych instytucji, aroganckich elit czy międzynarodowych organizacji.
To są rzecz jasna demagogiczne fałsze, ale powodują one, że oręż delegalizacji nie jest specjalnie przydatny dla zwalczania autorytarnych populizmów, które dokonują powolnej erozji demokracji, krok po kroku, po wygranych wyborach. Delegalizacja dużej partii, która nie wzywa do obalenia demokracji siłą, jest automatycznie delegalizacją preferencji i ideologii jej członków. A przecież właściwym „targetem” ofensywy demokratów mają być Kaczyński czy Błaszczak, a nie pani Wioletta z Łomży czy pan Roman z Gliwic, którzy na nich głosują.
Z partiami populistycznymi należy walczyć przede wszystkim metodami politycznymi, a tylko wyjątkowo przy pomocy prawnych sankcji. Bo w samą zasadę demokracji walczącej wpisany jest paradoks: ograniczanie instrumentów demokratycznych dla obrony demokracji stwarza pokusę używania ich do walki z politycznymi konkurentami. Lekarstwo może łatwo stać się gorsze od samej choroby. Jak dobrze to ujął amerykański konstytucjonalista, Samuel Issacharoff, znany także w Polsce: „Grupy ekstremistyczne zagrażają demokracji na dwa sposoby: przez to, co mogą chcieć osiągnąć po wygranych wyborach, i przez to, do czego mogą sprowokować społeczeństwa demokratyczne dla oddalenia tego niebezpieczeństwa”.
Delegitymizacja, nie delegalizacja
Ale „demokracja walcząca” nie ogranicza się do delegalizacji partii i nie tak odczytuję hasło premiera Tuska, najwyraźniej (i słusznie) zniecierpliwionego wolnym postępem konsolidacji demokracji prawie rok po porażce wyborczej populistów. PiS nie jest zwykłą, normalną partią, taką jak każda w demokracji. Przez osiem lat ugrupowanie to dało mnóstwo dowodów, że funkcjonuje na zasadach charakterystycznych dla zorganizowanej grupy przestępczej, infekując państwo kolosalną korupcją, promowaniem złodziejstwa i łgarstwami publicznymi. W tym sensie jest obcym ciałem w organizmie demokratycznym: jest partią antysystemową, którą należy zwalczać, a nie tylko z nią konkurować.
Rzuciłem kiedyś na tych łamach hasło „delegitymizacji” PiS. To inne słowo niż „delegalizacja”. PiS i jego dodatki należy otoczyć kordonem sanitarnym, dopóki nie udowodni, że jest w stanie przyjąć normalne reguły gry demokratycznej. Ostracyzm, bojkotowanie, ścisłe egzekwowanie odpowiedzialności (zwłaszcza karnej i finansowej) za dawne i mniej dawne przekroczenia prawa – np. w ostatniej kampanii wyborczej. Do PiS, demokraci powinny mieć taki stosunek, jak demokratyczni Niemcy do AfD i demokratycznie nastawieni Francuzi do Rassemblement pani Marine Le Pen. I to powinno objawiać się nie tyle w retoryce politycznej, ile przede wszystkim w politycznej praktyce. A głównym obiektem ostracyzmu i bojkotu powinien być Andrzej Duda, który jest obecnie najbardziej sprawczym złogiem PiS-u w aparacie państwowym.
PiS i Andrzej Duda muszą być traktowani jak trędowaci, bo – jak pisałem u progu władzy PiS-u w przywołanym wyżej tekście – to „obrona normalnych przed szaleńcami, demokracji przed jej wrogami”. I taki powinien być stosunek do Andrzeja Dudy aż do końca jego beznadziejnej kadencji, a do PiS – aż wreszcie rozpadnie się i być może któraś z partii następczyń znormalnieje.
Dość już tego blokowania reform
„Demokracja walcząca” Tuska to powinno być hasło wyrażające zdrowe i uzasadnione zniecierpliwienie paraliżowaniem wszelkich reform demokratycznych przez Andrzeja Dudę, PiS i Solidarną Polskę. To hasło, które powinno uwzględnić oczywisty fakt, że dzisiejsza Polska nie jest jeszcze normalnym państwem demokratycznym, a metody przywrócenia demokracji nie mogą polegać na ścisłym przestrzeganiu wszelkich reguł prawnych, przyjętych świadomie i celowo przez poprzednią władzę dla rozciągnięcia swych wpływów na okres po przegranych wyborach. Praworządność, rozumiana przez pięknoduchów jako ścisłe trzymanie się przepisów prawnych, nawet gdy są one sprzeczne z Konstytucją (chociaż nie mamy na to orzeczenia Trybunału, bo stał się on częścią problemu, a nie rozwiązania), to przepis na paraliż reform.
Najbardziej bałamutnym hasłem okresu przejściowego, w którym pole prawne jest tak głęboko zaminowane przez poprzedników, jak dzisiaj, brzmi: „Nie można przywracać praworządności, łamiąc praworządność”. Można i trzeba, gdy prawo jest w dużej mierze ustawowym bezprawiem, by użyć pojęcia ukutego tuż po II wojnie światowej przez niemieckiego filozofa prawa Gustawa Radbrucha. Nad „ustawowym bezprawiem” jest „ponadustawowe prawo”: Konstytucja i prawo europejskie.
Czyli co konkretnie ma być treścią „demokracji walczącej” w Polsce 2024? Przyspieszenie reform i rozliczeń z przeszłością. Odwoływanie się w działaniach państwa bezpośrednio do Konstytucji i do prawa europejskiego. Eliminacja z obiegu prawnego organów niekonstytucyjnych: Trybunału mgr Przyłębskiej, neo-KRS, dwóch niekonstytucyjnych izb Sądu Najwyższego i wyprowadzenie z SN neosędziów. Koniec z PiS-owską Krajową Radą Radiofonii i TV, z Radą Mediów Narodowych, ziobrowymi prokuratorami. Odciąć te patologiczne twory i tych skompromitowanych ludzi od pieniędzy, gabinetów i władzy. Bez tego ekscesy takie, jak w związku ze sprawami Barskiego czy byłego wiceministra Romanowskiego, a także kolejne brewewrie neo-KRS, uznającej rząd za nielegalny, będą powtarzać się bez końca.
Taka „demokracja walcząca” jest niezbędna dla konsolidacji demokratycznej po latach bezprawia. A zbudowanie jej jest jeszcze większym wyzwaniem, stojącym przed obozem demokratycznym, niż było zwycięstwo wyborcze nad populistami. Prawdziwe schody zaczęły się teraz.
Wojciech Sadurski
Wojciech Sadurski jest profesorem prawa na Uniwersytecie Sydnejskim i profesorem w Centrum Europejskim UW. W kwietniu 2024 nakładem Znaku ukazała się jego „Pandemia populistów”. Przedruk z wyborcza.pl

