Król Ążej I

Kazimierz Brzezicki
9 Min Read

Andrzej Duda – prezydent królom równy, a nawet równiejszy

Andrzejowi Dudzie naprawdę wydaje się, że ustrojowa pozycja urzędu prezydenta wywodzi się od monarchy w dawnej Polsce. To nie tylko śmieszne, ale i niebezpieczne – pisze prof. Wojciech Sadurski

Mało kto zwrócił uwagę, że kierując do Trybunału mgr Przyłębskiej projekt nowej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, prezydent zadbał też o swoje własne interesy, kwestionując fakt, iż on sam nie mógłby zostać członkiem TK zaraz po zakończeniu kadencji prezydenckiej. Na proponowanej liście wyższych urzędników państwowych i polityków, którzy muszą odczekać pewien okres po zakończeniu oficjalnej kariery, zanim będą mogli kandydować na stanowisko w Trybunale, znajduje się bowiem m.in. prezydent RP. Andrzejowi Dudzie na kilka miesięcy przed upływem jego ostatniej kadencji ta czasowa niedogodność się nie podoba. A zatem przy okazji wezwania Trybunału do oceny ustaw o Trybunale (co będzie brawurowym odrzuceniem przestarzałej zasady prawa rzymskiego, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie) prezydent załatwia swój własny interes. Układ PiS jak w soczewce.

Idea, by czynni politycy nie mogli przejść prostą kładką z rządu czy parlamentu do Trybunału (jak było to w przypadku m.in. Krystyny Pawłowicz czy Stanisława Piotrowicza, zaprzysiężonych pokątnie przez tego prezydenta), jest co do zasady zrozumiała i Andrzej Duda generalnie jej nie neguje. Odesłał on teraz do Trybunału Konstytucyjnego przepisy jedynie w stosunku do własnej osoby. Jak pisze rozżalony we wniosku: „zadania i pozycja ustrojowa Prezydenta RP […] nie skutkuje powstaniem przeszkód […], które przemawiałyby za wyłączeniem możliwości kandydowania na stanowisko sędziego Trybunału przez Prezydenta RP”.

Nie warto chyba wnikać w to, czy Andrzej Duda chce sobie sprawić cenny, 9-letni immunitet przysługujący sędziom TK, który przecież tak bardzo mu się przyda po ośmiu latach bezprzykładnego łamania konstytucji, czy raczej wynika to z jego trwałego uwrażliwienia na wszystko, co dotyczy jego osoby. Warto przypomnieć, że gdy min. Ziobro w 2017 złożył projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, Andrzej Duda zawetował ją i zastąpił w swym kontrprojekcie kompetencję Ministra Sprawiedliwości do wyrażania zgody na kontynuowanie pracy przez sędziów, którym ustawa wygasiłaby prawo do orzekania, analogicznym uprawnieniem dla Prezydenta. Czy może wypływa to z charakterystycznej dla tego polityka mieszanki narcyzmu z niepewnością co do własnej wartości i reputacji? Odpowiedź na to ostatnie pytanie lepiej zostawić psychologom.

Bajka o Królu: ten się nadaje, ten się nie nadaje…

Mnie natomiast bardziej interesuje, nazwijmy to z pewną przesadą, „filozofia” urzędu prezydenckiego, wyznawana przez Andrzeja Dudę i jego nadwornych prawników. Tak się dobrze składa, że prezydent bardzo niedawno wyłożył tę filozofię otwarcie i jednoznacznie. W przemówieniu w Sądzie Najwyższym 10 października, z którego media podjęły głównie jego buńczuczne „Ten się nadaje, ten się nadaje, ten się nadaje” (co miało być opisem jego procesu decyzyjnego powołań sędziowskich), wyszedł od pewnej szerszej wizji, którą warto poznać. Pisał o niej świetnie Jakub Majmurek w „Polityce” nr 33/2024.

Prawdziwym punktem wyjścia owej wizji jest stwierdzenie, że „ustrojodawca”, który napisał obecną Konstytucję, „w bardzo piękny sposób ujął tutaj rolę prezydenta. Bo ujął ją poprzez historyczne spojrzenie na rolę monarchy w Rzeczypospolitej”.

To oczywiście bzdura: nie ma żadnych dowodów na takie intencje twórców konstytucji RP z 1997 r. Ale ważne jest to, że obecny prezydent RP naprawdę uważa, że jego konstytucyjny status jest prostą kontynuacją pozycji monarchy.

A jak z kolei sobie tę pozycję monarchy wyobraża? Oto słyszymy, że przed wiekami „książę” jeździł od grodu do grodu „i po prostu wprowadzano mu schwytanych przestępców. Władca siadał i rozsądzał. To była jego decyzja, jego odpowiedzialność, jego wyłączne prawo do tego, by karać”. Z tej infantylnej, pseudohistorycznej bajeczki Andrzej Duda wyciąga wniosek, że prezydent RP „samą swoją osobą uosabia państwo polskie. Że wszędzie, gdzie jest, po prostu to tak jakby Polska była obecna” – itp. itd. Nakręciwszy się wzruszeniem i uwielbieniem swego własnego majestatu, wtedy właśnie wypowiedział słynne: „Z punktu widzenia obywateli i istoty ustroju prezydent mógłby sam wskazywać sędziów na zasadzie: ten się nadaje, ten się nadaje, ten się nadaje”.

Jako historia i synteza polskiego ustroju są to ewidentne nonsensy. Prezydent w polskim, republikańskim systemie władzy nie jest repliką monarchy, a współcześni monarchowie (w niektórych państwach, gdzieś tak od 1215 r. czyli od angielskiej Magna Carta) nie są niczym nieskrępowanymi władcami, stojącymi ponad prawem i wskazującymi paluszkiem, kto się nadaje, a kto nie. Chociaż wizja Dudy rzeczywiście przypomina pewnego monarchę, a mianowicie cesarza Etiopii Hajle Selasje, genialnie przedstawionego przez Ryszarda Kapuścińskiego w książce „Cesarz”.

Prerogatywy prezydenckie – strefa wolna od prawa

Fakt, że jeden z dwóch głównych piastunów władzy wykonawczej w Polsce hołduje tak absurdalnym przekonaniom o swej pozycji ustrojowej, nie jest wyłącznie śmieszny, lecz także bardzo niebezpieczny. Bo to nie tylko puste gadanie: za wieloma działaniami obecnego prezydenta, stwarzającymi lub pogłębiającymi liczne kryzysy konstytucyjne, stoi taka właśnie filozofia arbitralnej, nieograniczonej, niepoddanej żadnym regułom władzy. Najbardziej skrajnym jej przejawem jest koncepcja „prerogatyw”, stanowiących dla Andrzeja Dudy i jego kamaryli strefę wolną od prawa. W największym skrócie mówi ona, że jeśli konstytucja explicite nie nakłada jakichś ograniczeń w wykonywaniu jego kompetencji, to wszystko mu wolno.

Jest to prawnicza patologia: prawo to nie tylko goły tekst, ale także niepisane normy, obyczaje, konwencje i zdrowy rozsądek. „Prerogatywy” prezydenckie co najwyżej oznaczają, że dla pewnych decyzji prezydenta nie jest wymagana kontrasygnata premiera. Ale nie oznacza to, że prezydentowi „wszystko wolno”, bo przecież istnieją niepisane normy rozsądku, sprawiedliwości i domyślnych norm konstytucyjnych. Oczywiście ludzie rozsądni mogą się spierać co do tego, jakie konkretnie niepisane normy należy zastosować wtedy, gdy tekst konstytucyjny czegoś nie reguluje jednoznacznie. Ale ta niezgoda jest czymś innym od zadekretowania, że skoro tekst na jakiś temat milczy, to urzędnikowi wszystko wolno i nie musi się z niczego tłumaczyć.

Przykładów takiego rozumienia „prerogatyw” jako strefy wolnej od prawa jest w dorobku Andrzeja Dudy bez liku. Np. powołania sędziowskie na wniosek nielegalnej KRS: decyzja prezydencka te bezwartościowe rekomendacje neo-KRS rzekomo „sanuje”, czyli uzdrawia. W istocie dołożenie arbitralnej decyzji prezydenta do nielegalnej rekomendacji neo-KRS tylko pogłębia bezprawność powołania. Inne przykłady to nominacja mgr Przyłębskiej na stanowisko prezesa TK, mimo nieprawomocnej decyzji Zgromadzenia Ogólnego sędziów TK,  albo prof. Małgorzaty Manowskiej na I prezes SN, mimo jej katastrofalnego wyniku w wyborach Zgromadzenia Ogólnego sędziów SN. Jeszcze innym znanym przykładem prezydenckiego kaprysu jest odmowa nadania tytułu profesora nielubianemu przez siebie uczonemu, tzn. profesorowi UW Michałowi Bilewiczowi, mimo spełnienia przez niego wszystkich warunków proceduralnych. A czy należy przypominać o „ułaskawieniu” osób nieskazanych prawomocnym wyrokiem albo o udzielaniu w Pałacu Prezydenckim schronienia przestępcom?

Zawodnik ligi powiatowej ze światowymi ambicjami

To prawda: historia zna przykłady prezydentów, którzy siłą swej osobowości poszerzali własne kompetencje i przejmowali w swe ręce losy swych krajów, niedostatecznie ich zdaniem zabezpieczone przez inne instytucje, np. parlamenty i sądy. Abraham Lincoln, Franklin Delano Roosevelt czy Charles de Gaulles wyrastali swą osobowością ponad role im przyznane i igrali z prawem. Czasem na dobre, czasem na złe.

Ale Andrzej Duda nie gra w tej lidze. Musi zresztą zdawać sobie z tego sprawę, skoro tak bezwstydnie się chwali i celebruje. Zaczął swą pierwszą kadencję od nazwania się „niezłomnym”, choć ten komplement lepiej brzmi w ustach obserwatorów niż samego siebie. Kończy wywodzeniem swej urzędowej proweniencji od „monarchy”, a jednocześnie – jakby na przekór tej bajeczce – stałym przypominaniem, że jest „doktorem prawa”. Choć jego promotor wstydzi się doktoranta.

Cóż zatem można wpisać do sztambucha jego następcy? Wystarczy to: niech Pan(i) nie będzie jak Andrzej Duda.

Przedruk z portalu: wyborcza.pl z 4 listopada 2024 r.

Wojciech Sadurski jest profesorem prawa na Uniwersytecie Sydnejskim i profesorem w Centrum Europejskim UW.

Share This Article
PoPrawny
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.