PiS i prokurator nie wierzą lekarzom

Kazimierz Brzezicki
11 Min Read

Intensywna terapia zmarłej pacjentki. Martwe ciało leżało sześć dni pod respiratorem obok pacjentów

W kieleckim szpitalu miejsce na przyjęcie kobiety było już przygotowane.W kieleckim szpitalu miejsce na przyjęcie kobiety było już przygotowane.Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl

Wskutek pisma od prokuratora Szpital św. Anny w Miechowie przez niemal tydzień wspomagał oddech nieżyjącej już pacjentki. Wicemarszałek z PiS z sąsiedniego regionu próbował przekazać jej ciało innemu szpitalowi. Do dalszego leczenia.

Zgon pacjentki stwierdzono ponad wszelką wątpliwość. Gdy lekarze wyznaczyli godzinę odłączenia aparatury podtrzymującej życie, mąż zmarłej uznał, że to usiłowanie zabójstwa. Natychmiast powiadomił prokuraturę, a ta bez żadnej weryfikacji zażądała od szpitala „wstrzymania się z realizacją procedury”.

Z ustaleń „Polityki” wynika, że przez sześć dni na oddziale intensywnej opieki medycznej obok walczących o życie pacjentów leżało podłączone pod respirator ciało martwej osoby.

– To absolutnie kuriozalna sytuacja o trudnych do przewidzenia konsekwencjach dla pracy lekarzy w Polsce – komentuje prof. Mirosław Czuczwar, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii.

„W tym momencie nasz świat się zawalił”

W połowie sierpnia 2026 r. kobieta (wiek średni, matka dwojga dzieci, innych danych nie ujawniamy z uwagi na delikatność sprawy) wracała z pracy do domu. Na jej pas ruchu nagle wjechała przeładowana ciężarówka. Doszło do zderzenia. Osobówka kobiety została zmiażdżona. „W tym momencie nasz świat się zawalił. Mamy dwoje dzieci, które są dla [tu imię kobiety] całym światem” – tak mąż opisywał wypadek w internecie.

Ofiarę przewieziono do Szpitala św. Anny w Miechowie (woj. małopolskie) w ciężkim stanie. Z oddziału ratunkowego trafiła na oddział intensywnej terapii. Lekarze walczyli o jej życie, ale nastąpiła śmierć mózgu. Ten fakt potwierdziły dwukrotnie komisje z udziałem specjalistów – zgodnie z zasadami, jakie opisuje obwieszczenie ministra zdrowia z 4 grudnia 2019 r. („w sprawie sposobu i kryteriów stwierdzenia trwałego nieodwracalnego ustania czynności mózgu”). W świetle współczesnej medycyny i polskiego prawa śmierć mózgu oznacza prawne i biologiczne stwierdzenie zgonu. To dla krewnych szczególnie trudny moment: serce nadal bije, pracę organizmu podtrzymuje respirator, a lekarze stwierdzają śmierć mózgu, która jest nieodwracalna i oznacza, że człowiek zmarł.

– Zawsze staramy się podejść ze zrozumieniem do emocji bliskich. Wiemy oczywiście, jak działa mechanizm wyparcia tragedii, ale nie możemy ukrywać prawdy. Naszym prawnym i etycznym obowiązkiem jest informowanie o rzeczywistym stanie pacjentów, faktycznej diagnozie i rokowaniach, a w ostateczności także o śmierci – mówi jeden z lekarzy.

W tym przypadku sytuacja budziła dodatkowe emocje, ponieważ została upubliczniona przez rodzinę zmarłej na platformach społecznościowych. Bliscy przedstawiali wybrane, niepełne i nie zawsze zgodne ze stanem faktycznym informacje medyczne. Większość już zniknęła z internetu. Mąż pacjentki, lokalny przedsiębiorca, pisał, że poruszy niebo i ziemię, żeby ją „ratować”.

„Szukamy dzień i noc kliniki, która ją przejmie. Nasze dzieci tracą matkę. Musimy ją z tego wyciągnąć, aby mogły dorastać w pełnej rodzinie” – pisał na portalu, na którym założył zbiórkę (cel to zebranie 1 mln zł, zebrano niemal 20 tys. zł, zbiórka nadal trwa). „Jeśli ktokolwiek z was ma kontakt do dobrej kliniki neurochirurgii w Europie, błagam o telefon, udostępniajcie” – apelował, gdy jego żona już nie żyła.

„Nie wiedziałem, że lekarze stwierdzili zgon”

Czym innym są jednak reakcje zrozpaczonych krewnych, a zupełnie czym innym ingerencje przedstawicieli organów władzy w procedury medyczne. Ustaliliśmy tymczasem, że już po stwierdzeniu śmierci pacjentki Marek Bogusławski z PiS, wicemarszałek sąsiedniego województwa świętokrzyskiego, załatwił jej przeniesienie do Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach. To placówka podległa urzędowi marszałkowskiemu, a konkretnie Bogusławskiemu, który jako marszałek odpowiada za ochronę zdrowia w regionie.

W kieleckim szpitalu miejsce na przyjęcie kobiety było już przygotowane. Lekarz, który miał zająć się jej transportem z Miechowa, dopiero od tamtejszych medyków dowiedział się, że pacjentka nie żyje. – Nie wiedziałem o tym, że lekarze stwierdzili jej zgon – przyznaje wicemarszałek Bogusławski w rozmowie z „Polityką”.

Bogusławski jest czynnym lekarzem rodzinnym i pediatrą, ale nie widzi nic niestosownego ani w tym, że jako polityk ingerował w procedury medyczne, ani w tym, że załatwił miejsce w wojewódzkim szpitalu po znajomości. – Zgłosiła się do mnie rodzina pacjentki. Chciałem tylko pomóc tak, jak starałbym się pomóc każdemu w podobnej sytuacji – utrzymuje. Jego zdaniem „nic się nie stało”, bo sprawę wyjaśniono i nie doszło do transportu martwej osoby.

„Zawiadomienie w przedmiocie usiłowania zabójstwa”

W tym czasie personel Szpitala św. Anny był już obiektem hejtu. W internecie czytał o sobie, że nie walczył o życie pacjentki, a potem ją uśmiercił. Mąż pacjentki miał odgrażać się lekarzom, nie zgodził się na rozmowę z naszym reporterem. Gdy wyznaczono datę i godzinę odłączenia jej od aparatury podtrzymującej życie, od razu udał się do prokuratury i zgłosił, że personel medyczny Szpitala św. Anny usiłuje zamordować jego żonę.

Zastępca prokuratora rejonowego Łukasz Rożek wystosował więc do dyrekcji Szpitala Św. Anny pismo o tym, że mąż pacjentki zamierza złożyć „zawiadomienia w przedmiocie usiłowania zabójstwa wyżej wymienionej przez personel medyczny Szpitala św. Anny w Miechowie z uwagi na podjęcie decyzji o odłączeniu aparatury medycznej podtrzymującej życie”.

Nie wskazując podstawy prawnej, prokurator napisał również: „Z uwagi na przedstawione stanowisko wnoszę o wstrzymanie się z realizacją powyższej procedury do czasu ustalenia okoliczności sprawy”.

Nie udało nam się porozmawiać z prokuratorem Rożkiem, a szef prokuratury w Miechowie Bartłomiej Legutko powiedział nam tylko, że pismo Rożka „nie było żadną decyzją”. Czym więc było? I jaka była jego podstawa prawna? Na tak postawione pytania nie potrafił odpowiedzieć również prokurator Tomasz Waszczuk, p.o. rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Krakowie. – Decyzja należała do szpitala. Równie dobrze mógł to pismo zignorować – stwierdził. Po co zatem prokurator wystosował pismo, które pozbawione było podstawy prawnej i można je było wrzucić do kosza? Nie wiadomo, ale można się w tym dopatrzeć złamania konstytucyjnej zasady głoszącej, że „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”.

Z odpowiedzi rzecznika dowiadujemy się natomiast, że postępowanie (w „sprawie”, a nie „przeciwko”) trwa, a „prokuratura bezzwłocznie po złożeniu zawiadomienia przez męża pacjentki wystąpiła do Zakładu Medycyny Sądowej UJ celem uzyskania stosownej opinii biegłych” na temat zastosowanych w szpitalu procedur.

Z naszych ustaleń wynika, że szpital informował prokuraturę o stwierdzeniu zgonu pacjentki, ale bez reakcji, a pisma prokuratora najwyraźniej się przestraszył, choć trudno uznać, że miało moc prawną. Skutek był taki, że ciało pacjentki przez sześć dni po orzeczeniu śmierci przez drugą komisję było podłączone do respiratora na oddziale intensywnej terapii. – W związku z zablokowaniem dalszych czynności medycznych przez organy państwowe na oddziale była prowadzona opieka nad osobą zmarłą podłączoną do respiratora, co stanowiło ciężką sytuację dla całego personelu – potwierdza jeden z lekarzy.

Na tym samym oddziale cały czas przebywali pacjenci walczący o życie. Odwiedzali ich bliscy, nieświadomi, że tuż obok, za parawanem, leży martwa osoba. – Nie musieli zdawać sobie z tego sprawy, bo respirator wciąż pracował. Ale już personel miał pełną świadomość. Mogę mu tylko współczuć – mówi lekarz spoza szpitala w Miechowie.

Serce kobiety przestało bić dwa tygodnie po wypadku. I dopiero wtedy odłączono aparaturę, która powinna służyć do podtrzymywania życia.

„Działania prokuratury grożą efektem mrożącym”

Jak się dowiadujemy, o sprawie poinformowano konsultantów: wojewódzkiego i krajowego, w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii oraz szefa Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii. „Polityka” zwróciła się do nich o komentarz.

„Śmierć mózgu pacjentki stwierdzono w sposób niebudzący wątpliwości” – odpisał nam dr Łukasz R. Nowak, konsultant wojewódzki. Prof. Maciej Żukowski, konsultant krajowy, na podstawie uzyskanych ze szpitala informacji stwierdził: – Klinicznie nie budzi żadnych wątpliwości, że doszło do zatrzymania krążenia mózgowego, a zatem śmierci pacjentki. Nie było nawet cienia szansy, żeby ją uratować.

Według prof. Żukowskiego ingerencja prokuratora w decyzje medyczne nie powinna mieć miejsca. Jak zaznacza, prokurator może, a w razie otrzymania doniesienia powinien oceniać sytuacje kliniczne pod względem prawnym, nie medycznym, posiłkując się opiniami biegłych, bo sam przecież nie jest lekarzem. – Natomiast w żadnym wypadku nie powinien ingerować w procedurę rozpoznania śmierci mózgu, podobnie jak w inne rozpoznania, np. zawału, bo decydują o tym ściśle określone przesłanki merytoryczne, a nie osobiste przekonania lekarzy – mówi prof. Żukowski.

– Mamy do czynienia z bezpośrednią ingerencją prokuratury w pracę lekarzy przy łóżku pacjenta. Kwestie dotyczące rozpoznania śmierci mózgu, terapii daremnej i medycyny schyłku życia muszą być traktowane z najwyższą wrażliwością, a próba sugerowania, że lekarz w trakcie procedury medycznej może dopuścić się zabójstwa, jest absurdalna – mówi prof. Czuczwar, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii.

Jak zauważa, to kolejny podobny przypadek. W kwietniu 2024 r. „Polityka” ujawniła, że 27-letni wówczas Andrii Kadukha, rezydent Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie Wielkopolskim, został aresztowany pod zarzutem zabójstwa 86-letniego pacjenta, którego odłączył od urządzenia podtrzymującego życie.

Śledztwo wszczęte na skutek donosu złożonego w prokuraturze przez innego rezydenta, który znał sprawę tylko ze słyszenia, trwa do dziś. Kadukha jest na wolności, pracuje w szpitalu, ale wciąż ciąży na nim zarzut zabójstwa. Prokuratura długo nie oddawała mu paszportu, co skomplikowało jego życie: urząd stanu cywilnego nie chciał udzielić ślubu, lekarz ożenił się więc zdalnie w USA. W czerwcu 2026 r. biegli badający sprawę Kadukhi uznali, że nie przyczynił się do śmierci pacjenta, ale prokuratura wystąpiła o opinię uzupełniającą.

Według prof. Czuczwara na sytuację w Miechowie powinny zareagować ministerstwa zdrowia i sprawiedliwości oraz izby lekarskie, bo działania prokuratury grożą efektem mrożącym: – Lekarze mogą obawiać się rozpoznawać śmierć mózgu i zgłaszać dawców, co bezpośrednio przełoży się na pogorszenie się sytuacji pacjentów oczekujących na przeszczep.

Z taką sytuacją mieliśmy już do czynienia po głośnej wypowiedzi ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry z 14 lutego 2007 r. podczas konferencji dotyczącej zatrzymania kardiochirurga Mirosława Garlickiego. Ziobro powiedział wtedy: „Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Później Garlicki wygrał proces o naruszenie dóbr osobistych, ale wypowiedź Ziobry przyczyniła się do kryzysu polskiej transplantologii.

Przedruk z tygodnika POLITYKA

Share This Article
PoPrawny

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.