Finansowanie pomostowe
Strona główna / Szczypta soli / Ludzie dobrej woli

Ludzie dobrej woli

W ciągu mijającego roku spotykałem się dość często z sytuacją odchodzenia wiernych z Kościoła, bo nie znajdują dla siebie miejsca w Kościele upolitycznionym, angażującym się w wojny kulturowe, bezdusznym wobec ofiar pedofilii.

Wielu z nas obawia się spotkań przy świątecznym stole, głębokie podziały ideowe i polityczne dzielą rodziny i przyjaciół. Nie mam recepty na to, jak rozmawiać, na pewno trzeba słuchać i próbować zrozumieć, dlaczego ktoś ma inne poglądy. Słuchać nie znaczy puszczać mimo uszu, rozumieć nie znaczy zgadzać się z każdą bzdurą. Próba słuchania i rozumienia to nie tylko próba wytrzymałości nerwów i elastyczności mięśni, może być ona ćwiczeniem dobrej woli. Ewangelia przedstawiająca narodzenie Jezusa w Betlejem konkluduje, że adresatami cudu boskich narodzin są ludzie dobrej woli. Nie oczekują oni nagłej przemiany świata, wierzą natomiast, że dobro ma sens.

Pewnie również i w tym roku w noc Bożego Narodzenia kaznodzieje będą częściej narzekać na zły świat i tropić wrogów Kościoła aniżeli zdumiewać się misterium wcielenia. Im bardziej – jako ludzie Kościoła – stajemy się bezradni wobec zmieniającego się świata, im bardziej dociera do nas, że można żyć bez wiary, a chrześcijaństwo przestaje definiować tożsamość nawet naszych bliskich, tym więcej w nas nienawiści i agresji. Tracimy w ten sposób dar dobrej woli. Podczas gdy większość biskupów z Europy Środkowo-Wschodniej widzi zagrożenie dla chrześcijaństwa w rzekomej ideologii LGBT, ks. Tomáš Halík trafnie stwierdza, że źródłem kryzysu Kościoła, powodem utraty atrakcyjności i wiarygodności, jest katolicyzm bez chrześcijaństwa.

Obecny moment w dziejach chrześcijaństwa pomaga zrozumieć papież Franciszek. Chodzi nie o epokową zmianę, lecz o zmianę epoki. Chrześcijaństwo wraca poniekąd do swego dzieciństwa, może żyć w świecie niechrześcijańskim, w którym nie broni go władza polityczna i nie musi się legitymować wielowiekowym wkładem w rozwój cywilizacji. Musi sprawdzić się na nowo – całkowicie ogołocone. Utopia? Raczej marzenie o religii żyjącej pełniej siłą swej duchowości.

Sekularyzacja ogarniająca umysły Europejczyków od czasów oświecenia spełniła się inaczej, niż wyobrażali ją sobie jej dawni koryfeusze. Procesom sekularyzacji, zauważają socjologowie, towarzyszą obecnie procesy desekularyzacji. Pojawiają się nowe formy duchowości, czerpiące z różnorodnych inspiracji. Epoka postreligijna nie jest czasem obojętności i spokoju, lecz czasem fermentu i poszukiwań. Chrześcijanie – mimo swego zakorzenienia w tradycji – nie są zwolnieni z trudu poszukiwań, jesteśmy bardzo podobni do innych ludzi naszych czasów. Nie chodzi wcale o to, aby innych przyciągnąć do naszej konfesji, lecz abyśmy sami stawali się bardziej ludźmi Ewangelii.

Z olśnieniem czytałem mowę noblowską Olgi Tokarczuk. Nie wiem, kto wymyślił słowo czułość, bez wątpienia jest ono pradawnym pojęciem, niestety rzadko wcześniej używanym. Dziś krystalizuje ono naszą wyobraźnię, staje się kluczem do człowieczeństwa. Olga Tokarczuk mówi o czułym narratorze, papież Franciszek o czułości Boga. Ci, którzy chcieliby słowo czułość zmieścić w jednym języku narażają je na banalizację, a może nawet na wulgaryzację. Trzeba strzec tego słowa przed monopolem i wyłącznością. Wokół niego może nam się uda odkryć całą rodzinę słów, którymi będziemy potrafili porozumiewać się bez utraty swych odmiennych tożsamości.

W ciągu mijającego – jakże gwałtownego roku – spotykałem się dość często z sytuacją odchodzenia wiernych z Kościoła katolickiego. Odchodzą, bo nie znajdują dla siebie miejsca w Kościele upolitycznionym, pozwalającym na polityczną instrumentalizację, angażującym się w wojny kulturowe, uwikłanym w stosowanie przemocy, bezdusznym wobec ofiar pedofilii. Odchodzą, bo są ludźmi dobrej woli, idą za głosem swych sumień. Nie wiem, co wyniknie z tego typu przesilenia. Może być lepiej, może być gorzej. Kościół może dalej kręcić się wokół siebie udając, że jest słońcem. Może jednak odkrywać nowe perspektywy w postmodernistycznym świecie, który nie musi być ani najlepszym, ani najgorszym ze światów.

Nie ma jednego sposobu na obchodzenie świąt Bożego Narodzenia, są one świętami dla wierzących, wątpiących i niewierzących. Łączą one wszystkich ludzi dobrej woli. Opłatek i puste miejsce przy wigilijnym stole nie tracą swego znaczenia. Wielu z nas przeżywa je płytko i sentymentalnie, ale tak naprawdę powinny budzić moralny wstrząs, topić wrogość, obojętność i zakłamanie.

Ks. Alfred Marek Wierzbicki

Źródło: koduj24.pl

Sprawdź także

Obajtek beatyfikowany???

Abp Skworc podziękował Orlenowi. Słowa arcybiskupa Wiktora Skworca nt. przejęcia spółki Polska Press przez PKN …