USA są w trakcie najszybszego w historii kraju zwrotu w gospodarce – mówił Donald Trump podczas swojego przemówienia na szczycie w Davos. Przekonywał on, że Stany Zjednoczone są „najlepiej rozwijającym się krajem na świecie”. – Lepiej, byście szli naszą drogą – zwrócił się do zebranych. Trump stwierdził także, że „gdy USA kwitnie, kwitnie cały świat”. Mówiąc o Grenlandii, stwierdził, że „żaden kraj, ani grupa krajów nie mogą zabezpieczyć Grenlandii, mogą zrobić to tylko Stany Zjednoczone”. Trump podkreślił, że domaga się „natychmiastowych negocjacji w celu ponownego omówienia przejęcia Grenlandii przez Stany Zjednoczone”. – Proszę o kawałek lodu, zimny i źle zlokalizowany, ale może odegrać kluczową rolę w ochronie świata. To mała prośba – stwierdził Trump. Przekonywał również, że NATO nie docenia USA. Mówiąc o cłach i innych krajach, mówił, że „utrzymujemy cały świat na powierzchni, a oni nas wykorzystywali”. Krytykował także Kanadę. – Żyje ze względu na Stany Zjednoczone. (…) Wiele od nas dostaje, powinna być nam wdzięczna, ale nie jest – powiedział.
Źródło: tvn24
Trump w Davos szantażuje NATO. Grabieży Grenlandii nie odpuści, perspektywy są złowrogie
To zachowanie godne gangstera, a nie prezydenta supermocarstwa stojącego do niedawna na straży globalnego ładu opartego na wspólnie uzgodnionych porozumieniach i regułach. I argumentacja oparta na kłamstwie.
Donald Trump obiecał, że nie użyje siły w celu zdobycia Grenlandii. Odsunęło to, przynajmniej na pewien czas, groźbę realizacji najczarniejszego scenariusza – wojny USA z Danią, czyli zbrojnego konfliktu dwóch państw NATO. Nie oznacza to jednak wcale, że kryzys w sojuszu atlantyckim został zażegnany i że nie grozi mu już faktyczny rozpad.
Trump: docenimy i będziemy pamiętać
W wystąpieniu na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w Szwajcarii amerykański prezydent potwierdził, że jest zdeterminowany, by zagarnąć Grenlandię. Prawdopodobnie w drodze jakiegoś szantażu, którego charakter trudno na razie przewidzieć. I nie jest nawet pewne, czy rzeczywiście nie użyje do tego przemocy.
W trwającym ponad godzinę przemówieniu Trump powtórzył to, o czym mówił o Grenlandii przez ostatnie kilka tygodni. Należące do Danii arktyczne terytorium jest narażone na obcą inwazję i tylko USA mogą je obronić. Nie wspomniał tym razem, że chodzi o Rosję albo Chiny, ale wcześniej on i członkowie jego administracji wymieniali je jako potencjalnych agresorów, skuszonych bogactwami mineralnymi największej wyspy świata. Grenlandia – argumentował prezydent – ma kolosalne znaczenie strategiczne dla USA, które chcą umieścić tam „Złotą Kopułę”, czyli bazę obrony antyrakietowej przed atakiem rakietami transkontynentalnymi. A pełną kontrolę nad tym terytorium zapewni tylko przejęcie go na własność.
„Nie użyję jednak siły. Nie muszę tego robić, nie chcę i nie zrobię”, oświadczył. Oczekuję teraz – kontynuował Trump – „natychmiastowych negocjacji” w sprawie objęcia Grenlandii w posiadanie przez USA. I dodał, zwracając się najwyraźniej do Danii i solidaryzujących się z nią krajów: „Mają teraz wybór: możecie powiedzieć »tak« i my bardzo to docenimy. Albo powiedzieć »nie« – i my będziemy pamiętać”.
Ostatnie zdanie to oczywiście pogróżka. Czym grozi Trump? Jeszcze przed Davos ostrzegł, że sprzeciw Dani i krajów NATO wobec oddania lub sprzedaży Grenlandii skłoni go do wprowadzenia 10-procentowych taryf na import europejskich towarów od 1 lutego i dalszych 25-procentowych od 1 czerwca, jeśli do tego czasu nie dostanie, czego chce. Po rozmowach z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem w Davos Trump oznajmił, że ceł nie nałoży.
Kolejne już za jego rządów widmo wojny celnej spowodowało paniczną reakcję rynków finansowych – giełda nowojorska zadołowała, Dow Jones spadł o ponad 800, a NASDAQ o ponad 500. Można odgadnąć, że wywołało to popłoch w popierających Trumpa kręgach biznesu i wśród Republikanów.
Bezczelne kłamstwa o NATO
Trump może jednak szantażować Europejczyków w inny sposób. Wskazuje na to sposób, w jaki mówił w Davos o NATO. Dla Sojuszu Północnoatlantyckiego – perorował – Ameryka zrobiła mnóstwo, ale sama nie ma z niego żadnych korzyści. Było to jedno z niezliczonych kłamstw Trumpa, aczkolwiek szczególnie rażące i bezczelne. Jedynym dotąd przykładem zastosowania art. 5, zobowiązującego do obrony każdego państwa członkowskiego przed agresją, był udział kilku krajów NATO w inwazji Afganistanu po ataku Al-Kaidy na USA 11 września 2001 r. W atakującej reżim talibów koalicji była Dania, której żołnierze ponieśli największe po Amerykanach straty per capita (w przeliczeniu na liczbę ludności).
Dla Trumpa jednak NATO nie ma żadnej wartości, więc najwyraźniej nie czuje się zobowiązany do niczego. To złowroga perspektywa, bo może zapowiadać, że jako wódz naczelny największej armii Sojuszu nie zamierza przyjść z odsieczą Europie na wypadek agresji przeciw krajom jego wschodniej flanki. Wiadomo oczywiście nie od dziś, że Trump planuje wycofywanie wojsk z kontynentu, w Rumunii już je zredukował, ale Polsce obiecywał ich pozostanie. Tymczasem sprawa Grenlandii zdaje się zwiększać prawdopodobieństwo, że w razie napaści Rosji, na kraje bałtyckie na początek, na pomoc amerykańską trudno będzie liczyć.
Innym powodem do niepokoju były historyczne dygresje w przemówieniu Trumpa uzasadniające jego roszczenia do Grenlandii. Przypomniał, że podczas drugiej wojny światowej, kiedy hitlerowskie Niemcy podbiły Danię, USA wysłały na arktyczne, należące do Danii terytorium instalacje militarnego przeznaczenia w przygotowaniu do ewentualnego rozmieszczenia wojsk, by zapobiec agresji Trzeciej Rzeszy. I dodał: „Byliśmy (tzn. ówczesny rząd USA) głupi, że wycofaliśmy się stamtąd po wojnie”.
Czy nie można sobie zatem wyobrazić, że dochodzi do jakiejś formy agresji, wojny hybrydowej wobec Grenlandii ze strony Rosji – cyberataku, infiltracji przez balony szpiegowskie itp. – która dla USA pod rządami Trumpa staje się pretekstem do rozmieszczenia tam podobnych jak podczas drugiej wojny światowej urządzeń militarnych, a może nawet regularnych wojsk? W imię, oczywiście, obrony kraju NATO. Czy nie można sobie także wyobrazić, że Rosja zostaje sprowokowana do wspomnianego agresywnego kroku lub nawet po cichu do niego zachęcona? Bo byłaby to okazja do „prewencyjnej” inwazji Grenlandii, rozmieszczenia tam sił – których tym razem USA, pod kierownictwem „mądrego prezydenta”, nie wycofają?
Trump robi, co robi, bo może
Może to nieco przesadne, paniczne spekulacje, ale skłania do nich postępowanie Trumpa w sprawie Grenlandii. Zachowanie godne gangstera, a nie prezydenta supermocarstwa stojącego do niedawna na straży globalnego ładu opartego na wspólnie uzgodnionych porozumieniach i regułach. I argumentacja oparta na kłamstwie. Przejęcie Grenlandii przez USA nie jest konieczne do zagwarantowania jej bezpieczeństwa ani interesów samej Ameryki. Porozumienie z Danią z 1951 r. zapewnia USA rozmieszczenie baz wojskowych na arktycznym terytorium. A połączone siły Danii i pozostałych państw NATO gwarantują odstraszenie Rosji czy jakiegokolwiek agresora od napaści.
Nie bezpieczeństwo – Ameryki, Danii, NATO czy całego świata – jest powodem, dla którego Trump obsesyjnie łaknie tej grabieży. Pragnie zapisać się w historii jako ten prezydent, który podobnie jak jego poprzednicy w XIX w. – Thomas Jefferson, James Polk czy William McKinley – zdobyli dla Ameryki nowe terytoria. Nie bacząc na zasady prawa międzynarodowego i wolę mieszkańców Grenlandii, którzy w przytłaczającej większości nie życzą sobie, by ich kraj był częścią USA. Ale niewykluczony jest też inny jeszcze motyw – chęć uzyskania pełnej kontroli nad arktycznym terytorium, by można było bez żadnych przeszkód eksploatować jego bogactwa mineralne. Zapełniając przy okazji własną kieszeń – a Trump i jego rodzina, jak obliczył „New York Times”, wzbogacili się podczas jego urzędowania o 1,6 mld dol.
Trump robi to, co robi – bo może. Jak powiedział jego najbliższy doradca w Białym Domu Stephen Miller, od zarania dziejów ludzkości na świecie liczy się tylko siła. „Silni robią to, co mogą, słabi cierpią, jak muszą” – ten cytat z Tukidydesa jest sentencją o niezwykłej dziś aktualności. A Miller, dodajmy, powiedział poza tym coś jeszcze konkretniejszego: kraje, które nie mogą obronić swych terytoriów, nie zasługują na to, by je utrzymać. Lepiej nie przypominać, kto wyrażał kiedyś podobne myśli.
Co przyniosą rozmowy o Grenlandii
Swoje agresywne zamiary wobec Grenlandii Trump uzasadnił listem do premiera Norwegii, w którym napisał, że skoro Norwegia nie przyznała mu Pokojowej Nagrody Nobla, nie czuje się teraz zmuszony do dążenia do pokoju, a tylko pilnowania interesów USA. Jak pisał poeta: i śmieszno, i straszno. Prezydent supermocarstwa zachowuje się jak narcystyczny megaloman o psychice rozkapryszonego 12-latka.
Co przyniosą rozmowy Trumpa o Grenlandii z przywódcami Europy? Europejczycy wahają się między dalszymi próbami ugłaskiwania amerykańskiego prezydenta a powiedzeniem mu stanowczo: nie. To drugie stanowisko zdaje się stopniowo przeważać. Edytorial w „Le Monde” trafnie ocenił, że dalszy appeasement nie ma sensu, bo Trump, jak każdy autokrata, najlepiej rozumie i szanuje okazanie przez przeciwnika siły.
Unia Europejska ma silne karty w ręku, będąc największym handlowym partnerem USA, więc taryfy na import amerykańskich towarów mogą być dotkliwe dla amerykańskiej gospodarki. Eksperci nie są jednak pewni, czy UE okaże się zjednoczona w ewentualnej wojnie celnej z Trumpem.
Możesz udostępnić ten artykuł swoim znajomym
Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
Korespondent „Polityki” z USA. Absolwent socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę dziennikarską rozpoczął pod koniec lat 70. w tygodniku „Literatura”. W latach 1987–93 pracował w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, był korespondentem PAP. Z „Polityką” związany od 1997 r. Za reportaż „Szczecin: Grudzień-Sierpień-Grudzień”, napisany z Małgorzatą Szejnert, otrzymał w 1985 r. Nagrodę Solidarności. Autor czterech książek będących plonem jego wieloletniej pracy w Ameryce: „Inne stany”, „Harlem”, „Hillary Clinton” i „Żydowska Ameryka”. W USA spędził ok. 30 lat.
Przedruk z tygodnika „Polityka”
PoPrawny Poznański serwis prawny
