Najnowsze informacje
Strona główna / Szczypta soli / PiS czy PO, jedno zło

PiS czy PO, jedno zło

“Resort Marcina Kierwińskiego próbuje zminimalizować skutki przełomowych wyroków dotyczących małżeństw jednopłciowych” – to zdanie z tekstu Antona Ambroziaka i Angeliki Pitoń.

We wtorek 14 kwietnia OKO.press opisało, jak rząd miga się od wprowadzenia nieskomplikowanych administracyjnych zmian, które 1) respektowałby wyroki sądów 2) znacząco ułatwiłyby ludziom życie. Taka porcja słuszności i racjonalności okazała się niestrawna dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Osoba niezaznajomiona z konserwatywnym grzęzawiskiem polskiej polityki mogłoby pomyśleć, że zadanie jest banalnie proste. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że Urzędy Stanu Cywilnego w Polsce powinny umożliwiać transkrypcję zagranicznych aktów małżeństw par jednopłciowych. Polskie sądy administracyjne wydały już trzy wyroki zgodne z tym orzeczeniem. Na przeszkodzie stoi brak odpowiednich rozporządzeń i wytycznych dla urzędników USC. Trzeba je wydać – rząd mógłby to zrobić choćby jutro.

Gdyby chciał.

Zamiast tego powstaje specjalny zespół, który – jak dowiedziało się OKO.press – ma ograniczyć skutki wyroku do minimum. Wygląda na to, że część rządu chce przeciągnąć sprawę do końca kadencji albo utopić ją w pseudolegalistycznym urzędniczym pustosłowiu.

Niestety nie jest to zaskoczenie.

„Chciałbym wszystkich uspokoić. Po pierwsze, nie jest tak, że Unia Europejska nam cokolwiek może w tej kwestii narzucić” – oświadczył w listopadzie Donald Tusk na wieść o wyroku TSUE ws. transkrypcji aktów zagranicznych małżeństw jednopłciowych. Minę miał pochmurną, a ton poważny, jakby stał na wałach przeciwpowodziowych i bronił kraju przed nadciągającą klęską żywiołową.

Pół roku minęło i widać, że premier dotrzymuje obietnicy: równość wezbrała, ale dzięki wytrwałej pracy strażaków z rządu udaje się ją powstrzymać i dotychczas nie spowodowała znaczących szkód.

A teraz na poważnie: co tak strasznego się stanie, jeśli Polska po prostu uzna małżeństwa jednopłciowe zawarte za granicą?

Odpowiedź brzmi: absolutnie nic. Część obywateli i obywatelek dla odmiany poczuje się traktowana godnie – oto całe potężne niebezpieczeństwo. Podobnie byłoby zresztą z wprowadzeniem pełnowymiarowej różności małżeńskiej, bez żadnych zastrzeżeń, warunków i bez związku z jakimkolwiek orzeczeniem TSUE, a wyłącznie z podstawowego imperatywu: urządźmy kraj tak, żeby ludzi mogli w nim żyć bez dyskryminacji, strachu i upokorzeń.

Jedyną grupą, której zagrażają równe prawa osób LGBT, są konserwatywni politycy. Ich ulubione zajęcie – puszczanie oka do homofobów albo wprost spoufalanie się z nimi – momentalnie traci wówczas sens. Zły czar pryska, katastrofy nie ma, kraj staje się trochę lepszym miejscem do życia.

(Uczciwie będzie przyznać, że i dla konserwatywnych polityków zagrożenie jest chwilowe: szybko znajdą sobie jakieś inne ofiary i inną przestrzeń do odgrywania chłopskiego rozumu oraz zadowolonego z siebie przywiązania do tradycji, jakkolwiek trująca by ta tradycja nie była).

Bo – doświadczenia innych krajów jednoznacznie to pokazują – społeczeństwo błyskawicznie przyzwyczaja się do nowego stanu rzeczy i trudno mu zrozumieć, jak mogło wcześniej tak długo tkwić w absurdalnie niewygodnej pozycji. Ale w Polsce tymczasem jest jak jest: tkwimy.

Tekst za OKO.press.pl

Sprawdź także

Usuwanie złogów

Patrząc na Magyara w naddunajskim parlamencie, słuchając jego twardej przemowy zapowiadającej powołanie urzędu państwowego do …