Najnowsze informacje

Kraj aborcyjnych procesów

Jej proces śledzi Europa. Wydrzyńska: „Nasza złość i opór są coraz większe”

My się naprawdę zbroimy. W wiedzę i doświadczenia. I już się nie boimy – mówi w rozmowie z WP Justyna Wydrzyńska. To pierwsza europejska aktywistka, której w Polsce grozi więzienie za pomocnictwo w aborcji.

Anna Śmigulec: Co takiego pani zrobiła, że grożą pani trzy lata więzienia?

Justyna Wydrzyńska, aktywistka „Aborcji Bez Granic” i Aborcyjnego Dream Teamu: Jako kobieta pomogłam innej kobiecie w potrzebie. To była końcówka lutego 2020 r., sam początek pandemii. Wróciłam właśnie do Polski z długiego wyjazdu. Z ulgą, bo obawiałam się, czy w ogóle wjadę do kraju. Mówiono już wtedy o zamykaniu granic.

Dla nas oznaczało to, że osoby, którym pomagamy, nie będą mogły opuścić kraju. Więc jako „Aborcja Bez Granic” zaczęłyśmy przygotowywać różne scenariusze: jak będziemy te osoby transportować na zabiegi do Holandii czy do Niemiec.

I wtedy odezwała się do nas Anna. Była w prawie 12. tygodniu ciąży i już dwa razy próbowała wyjechać do Niemiec na zabieg, i dwa razy go odwołała. Zamówiła też tabletki, ale długo nie docierały. Nie wiedziałyśmy, czy to skutek pandemii, czy poczta zgubiła przesyłkę, co się zdarza.

Więc Anna napisała do nas, prosząc o jakąkolwiek pomoc. Była zdesperowana, od razu ujawniła, że mąż stosuje wobec niej przemoc: kontroluje ją, sprawdza jej telefon i czyta wszystkie maile, SMS-y, wiadomości, rozmowy przez komunikatory internetowe. Więc ona prosi, żeby do niej nie oddzwaniać i nie pisać, że ona sama będzie się odzywać jako pierwsza. To było wręcz błaganie o pomoc.

Okazało się, że te dwa wyjazdy do Niemiec musiała odwołać, bo nie mogła zostawić małego dziecka w domu, a mąż zaszantażował ją, że jeżeli je zabierze, to on zgłosi porwanie. Im więcej mówiła, tym wyraźniej widziałyśmy, że jej małżeństwo jest pasmem przemocy.

Koleżanki zadzwoniły więc do mnie z pytaniem, czy mam tabletki na swój własny użytek. A ja zawsze je mam na własny użytek. Po pierwsze, trudno, żeby osoba zajmująca się aborcją od 16 lat sama ich nie miała, bo przecież niechciana ciąża może dotknąć i mnie. Po drugie, miałam w tamtym momencie 46 lat i mogłam zajść w niechcianą ciążę. Sama przez wiele lat doświadczałam przemocy ze strony męża, który używał podobnych metod, co jej partner, więc wiedziałam, co Anna przeżywa i jak bardzo musi się czuć w potrzasku.

Wiedziałam też, że jeśli przerwie ciążę, będzie miała większą szansę, żeby uwolnić się od gnębienia i upokarzania przez męża. Bo przecież utknięcie w domu z kolejnym dzieckiem oznacza kolejne lata życia w przemocy. Z noworodkiem się nie wyprowadzi, no bo dokąd?

Nie wahałam się ani przez moment. Po prostu zapakowałam leki i wysłałam. Wybrałam paczkomat, żeby przesyłka mogła dotrzeć następnego dnia, bo sprawa była pilna. I to był mój błąd. Bo musiałam umieścić tam swoje dane, w tym numer telefonu, i wystawiłam się w zasadzie na tacy.

Więcej na wp.pl

Sprawdź także

TSUE i frankowicze

TSUE wydał wyrok w sprawie polskich kredytów walutowych Sąd krajowy nie może zastąpić nieuczciwego postanowienia …